BUDAPESZT: KIEDY Z MAPĄ NIE PO DRODZE, CZYLI ILE MOŻNA ZNALEŹĆ NIE SZUKAJĄC

 
Zostało już niewiele czasu – plecaki czekają spakowane, a my myślami prawie w Polsce. Nadszedł ten moment, kiedy z mapą nie jest nam po drodze – chcemy zachwycać się Budapesztem nieśpiesznie, jak to się teraz mówi, „w rytmie slow”.
I tak trafiliśmy do parku Varosliget – cudownego miejsca z niespodziankami od których kręci się w głowie. Stało się to zupełnie przypadkowo: naszym celem był teren zielony, jakikolwiek. Nie wiedząc, co nas czeka, wolnych krokiem szliśmy jedną ze ścieżek parku Varosliget.

 

Nagle zrobiło się tłoczno. Masa turystów „waląca” ze wszystkich stron! Ratuj się kto może! Co jeszcze bardziej nas zaskoczyło, w tłumie wyłapywaliśmy coraz częściej język polski… Po kilku krokach można było wyczuć nosem, że po prostu musi być tu TO COŚ, coś, co zasługuje na zainteresowanie takiej fali ludzi.

I oto naszym oczom ukazały się przepiękne budynki, tak przepiękne jak sam parlament, po prostu przepiękne do szpiku… cegieł!
Jak się później okazało, był to
ZAMEK VAJDAHUNYAD
(Vajdahunyad vára)
 
Adres: Budapest, Vajdahunyad vár, 1146 Węgry
Obecnie w budynkach zamku mieszczą się m.in. Węgierskie Muzeum Rolnictwa (Magyar Mezőgazdasági Múzeum) oraz Kaplica z Ják (info o tym, jak dokładnie zagospodarowano zamek znajdziecie tutaj). Jednak nie będę wchodzić w historyczne niuanse tego miejsca – zobaczcie je tak jak my: bez przygotowania, „na chłodno”…

 

 

 

 

 

Oczarowani ruszyliśmy dalej i trafiliśmy na, jeszcze nieczynne, lodowisko (Városligeti Műjégpálya, strona www tutaj). Co zadziwiające, budynek lodowiska również kusił by uwiecznić go na zdjęciu.
Skierowaliśmy się na most. Już z oddali było widać, że czekają nas kolejne niespodzianki.
Okazało się, że po drugiej stronie mostu znajduje się Plac Bohaterów (Hősök tere), jeden z najważniejszych placów znajdujących się w Budapeszcie, gdzie dumnie stoi Pomnik Tysiąclecia.
I tu było sporo ludzi – rodziny z dziećmi dzierżącymi kolorowe baloniki i masa turystów. Chwilę podumaliśmy nad pomnikiem i ruszyliśmy dalej, z dala od tłumu. Rozpaczliwie pragnęliśmy ciszy, więc skierowaliśmy swoje kroki między małe uliczki, zapomniane przez obcokrajowców. Nasze oczy skakały tu i tam nie wiedząc, gdzie patrzeć najpierw.

(zdjęcie poniżej po prawej – Bazylika św. Stefana)

BUDAPESZT: BAZYLIKA ŚW. STEFANA, WIDOK NA MIASTO I CZEKOLADOWE NIEBO

I szliśmy dalej, i dalej, bez pośpiechu; zadowoleni, że pogoda sprzyja, a lekki wietrzyk ochładza nasze twarze.

 

 

Bum! Nasz spacer został gwałtownie przerwany – stanęliśmy jak wryci: „To opera!”.
Opera w Budapeszcie (Magyar Állami Operaház, strona www tutaj).
Powoli zbliżał się wieczór, więc niespiesznym tempem udaliśmy się w stronę centrum.

 

Wypatrując pożegnalnych przygód, ostatniego już dnia w Budapeszcie (w tle parlament):

Mam nadzieję, że razem z nami poczuliście, to ciepło wrześniowych spacerów i wietrzyk na skórze; chyba każdy z nas tego potrzebuje w te listopadowe dni…
A teraz zdradźcie mi, jak to jest z Wami:
Będąc w nowym miejscu korzystacie z mapy czy stawiacie na żywioł?
Trzymajcie się ciepło,
Irmina

PS: Jeśli chcecie mi towarzyszyć na bieżąco, zapraszam na mojego Instagrama; pamiętajcie też by dodać mnie na Google+ – bądźcie pierwszymi, którzy wiedzą o nowym poście:)

3 myśli na temat “BUDAPESZT: KIEDY Z MAPĄ NIE PO DRODZE, CZYLI ILE MOŻNA ZNALEŹĆ NIE SZUKAJĄC

  1. Uwielbiam mapy! Przed każdą podróżą ich kupowanie to wielka przyjemność, błądzenie palcem po mapie…. Po czym… często ich nie używam 🙂 Ale na wszelki wypadek mam! W Budapeszcie chodziliśmy bez mapy i tak było najlepiej- miasto jest pełne niesamowitych budynków, o których nie przeczyta się w przewodnikach. I co chwila można przeżywać takie bum jak Ty z operą 🙂

    1. Haha, też rzadko używam mapy, ale to raczej kwestia tego, że Luby się tym zajmuje:) Dokładnie, znajdziemy czy to na mapie czy w internecie wiele ciekawych miejsc, ale nadal są takie, na które trzeba się natknąć, żeby się o nich dowiedzieć:)

Dodaj komentarz