Podróże

18 GODZIN W PODRÓŻY, CZYLI WITAJ KOREO POŁUDNIOWA

Jaki wybrać kraj wiedząc, że spędzi się w nim prawie całe wakacje? My stawiamy na zmianę o 180 stopni, czyli szok kulturowy nie tylko pod względem tradycji, ale również jedzenia, pogody, po prostu wszystkiego… Aby dotrzeć do Korei Południowej, najpierw udaliśmy się do Warszawy skąd polecieliśmy do Dubaju (5 godzin), posiedzieliśmy na lotnisku (5 godzin) i wsiedliśmy do samolotu mającego swój przystanek końcowy w Incheon (8 godzin). I tak też znaleźliśmy się w Korei Południowej – kraju roślin niczym z Miami i długich dystansów, których nie sposób pokonać pieszo, kraju, który dla nas, Polaków, jest po prostu z innej bajki.

 
Przez całą podróż korzystaliśmy z linii lotniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, więc, krótko mówiąc, był to szał ciał dla takich studentów jak my, którzy praktycznie na każdym kroku wybierają najbardziej korzystne oferty (czytaj: jak najtaniej i oby było przyzwoicie…).
Jeden bilet obejmujący oba loty kosztował nas 1600 zł, co okazało się tanioszką w porównaniu z innymi ofertami. I powiem Wam, że te bilety były warte każdej złotówki z tych 1600 zł (a właściwie 3200 zł), bo to czego uświadczyliśmy latając liniami Emiratów było na najwyższym poziomie (tylko wyobraźcie sobie, co się musi wyprawiać w klasie biznesowej!). Klient płaci, klient ma. A co ma? (post nie jest sponsorowany, są to nasze subiektywne odczucia)

Podczas lotu z Warszawy do Dubaju otrzymaliśmy poduszki, koce i słuchawki.

Każdy pasażer miał do swojej dyspozycji ekran, a co za tym idzie, dostęp do najnowszych filmów, muzyki, radia, podcastów i stacji telewizyjnych. Luby oglądał “Marsjanina”, a mnie udało się i posłuchać muzyki i obejrzeć fajne filmy (trochę strachu podczas lotu nie zaszkodzi…), zresztą zobaczcie sami.

Kto miał taki kaprys, mógł obserwować lot samolotu (kamera z przodu samolotu, pod samolotem oraz umiejscowienie maszyny na mapie).

Dostaliśmy ciepły posiłek, deser oraz pieczywo wraz z masłem i serkiem. Były też krakersy, czekoladki i… lody:) Oczywiście napoje były wliczone w cenę biletu, więc mogliśmy pić (woda, soki, wino czy inne alkohole) ile dusza zapragnęła. Może nie bardzo widać na zdjęciach, ale wszystko było pyszne (to z warzywami, to kurczak z sosem pieczarkowym) i najedliśmy się, że hej!

Nie obyło się również bez pięknych widok z okna (niestety trochę brudnego…).

I tak dotarliśmy do lotniska w Dubaju. Lotniska imponującej wielkości (samo dotarcie z samolotu do budynku zajęło około 20 minut autobusem; później trzeba było przesiąść się w “metro” by dotrzeć do odpowiedniego terminalu), nie wspominając już o sklepach do których, jak na razie, wchodzenie nie ma sensu, chyba że na zasadzie “patrz, nie dotykaj” (plus w zamyśle: nie kupuj, bo nie starczy ci na jedzenie w Korei; plus w zamyśle zamysłu: hmm, a mam w ogóle tyle pieniędzy na karcie??).

Powłóczyliśmy się po lotnisku, trochę posiedzieliśmy i zjedliśmy obiad (również wliczony w cenę biletu) i po pięciu godzinach wsiedliśmy do samolotu, który leciał już do Korei Południowej, a konkretnie do Incheon.
Również i w tym przypadku dostaliśmy jedzonko (dwa posiłki: śniadanie i obiad, na zdjęciach jedynie śniadanie ze względu na zmęczenie materiału czyt. nawet nie miałam już siły robić zdjęć) i inne drobiazgi (takie, jak poprzednio) plus skarpetki, szczoteczki do zębów i pasty oraz opaski na oczy (nie dziwota, skoro lot trwał 8 godzin…).

Po ośmiu godzinach wreszcie wylądowaliśmy w Korei. Mimo że Koreańczycy rwą się do nauki angielskiego, na lotnisku były jedynie lakoniczne hasła, więc nie pozostało nam nic innego niż zdać się na studentów, którzy nas powitali (bardzo mili i serdeczni, a przede wszystkim pomocni ludzie). Oczywiście na lotnisku są również punkty informacyjne (pani na którą natrafiliśmy znała angielski, więc nie było problemu z dogadaniem się).

Przed udaniem się do hotelu, zakupiliśmy koreańsknie numery telefonów (31 tys. wonów za jedną osobę na miesiąc = około 100 zł), karty umożliwiające poruszanie się autobusami i metrem (7 tys. wonów za dwie karty, każda załadowana na 10 tys. wonów, czyli płacimy 27 tys. wonów = 90 zł) (w uproszczeniu zakładamy, że 1 zł = 300 wonów). Swoją drogą, gdy zobaczyłam, jak wyglądają karty, to myślałam, że… wybuchnę śmiechem i nie wiedziałam, co powiedzieć, kiedy koleżanka tłumaczyła mi, co widzę, a mianowicie postaci z kresówki (podobno bardzo popularnej, obie mają na sobie narodowe szaty koreańskie).

Myślę, że jak na “pierwszy raz” z Koreą Południową wystarczy tych wrażeń. Jest 7 godzin różnicy między Polską a Koreą, więc podczas gdy Wy wracacie z pracy/uczelni i macie czas dla siebie, my kładziemy się już spać (nie ukrywam, że teraz powinnam spać…). Jeśli chodzi o więcej szczegółów odnośnie waluty w Korei, na pewno pokuszę się o rozwinięcie tematu, więc bądźcie cierpliwi. Jak widzicie, jest mnóstwo rzeczy do pokazania, a, jak na razie, towarzyszyliście nam jedynie w podróży. Chcę byście wyciągnęli z naszej przygody jak najwięcej, więc możecie spodziewać się zalewu praktycznych i tych mniej praktycznych informacji oraz masy zdjęć:)

Wiecie co nieco o Korei Południowej czy to dla Was totalna nowość?

My trochę się przygotowaliśmy, ale życie jest pełne niespodzianek… ale o tym już w kolejnym poście:)

Trzymajcie się ciepło,
Irmina

BEZPŁATNY E-BOOK: 10 POMYSŁÓW NA WEEKENDOWE WYCIECZKI PO POLSCE. POZNAJ CIEKAWE MIEJSCA NA WYPAD