FILMY OSCAROWE: NIECH ŻYJE KŁAMSTWO!

 

Co by było, gdyby nagle przemysł filmowy upadł, a wszystkie nośniki z filmami znikły z powierzchni ziemi?
Z pewnością coś byśmy stracili. Oprócz oczywistych problemów, które by się z tym wiązały takich jak zwiększone bezrobocie (aktorzy etc.) czy bycie skazanym na krótkie filmiki na youtubie, zabrakłoby czegoś jeszcze. Filmowych kłamstw. Kłamstw inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami. Kłamstw, które kiełkują w głowach producentów widzących tylko jedno wyjście z sytuacji: tańczyć jak publiczność zagra i zebrać oklaski (i $$$). Nie czarujmy się, gdyby nie przeinaczenia zapewne nie jeden film okazałby się „katastrofą” nie wspominając o marnych wpływach ze sprzedanych biletów. Na szczęście (albo nie?) film, to twór „artystyczny”, gdzie granice nie grają roli, a nadrzędnym celem każdej produkcji jest wywołanie emocji=zarobienie dolarów. Nawet, uwielbiane przeze mnie, filmy dokumentalne są w pewnym stopniu „podrasowane” by lepiej się oglądało, a raczej lepiej utożsamiało z bohaterem. Na co dzień raczej nie ma co się rozwarstwiać nad tym czy to, co widzimy na ekranie, to prawda i tylko prawda, czy może fałsz. Wszakże oglądamy filmy dla rozrywki, cele edukacyjne pozostawmy National Geographic , Animal Planet etc.
Jednak ostatnio tak się złożyło, że musiałam (z racji pewnych obowiązków, ale nie ukrywam, że nie płakałam na myśl o tym) przedrzeć się przez tę czarującą fasadę magicznego ekranu i spojrzeć głębiej, poszperać, niemalże odrzeć z pozorów kilka produkcji. I muszę przyznać, że było to bardzo, ale to bardzo interesujące przeżycie. Zaczęłam od obejrzenia wszystkich filmów, co by nie być podczas seansów zbyt krytyczną. I cóż, byłam oczarowana. Filmy są świetne, wszystkie z nich dostały Oscary i nie dziwie się – jest moc, jest siła, jest płacz i serce dudniące z przejęcia w piersi.
Następnym krokiem było znalezienie w sieci artykułów, które omawiają filmy pod względem wiarygodności. Wszystkie produkcje zostały oparte na wydarzeniach, które faktycznie miały miejsce. Nie raz podnosiłam brwi ze zdziwienia. Czego to producenci nie wymyślą (i co zatuszują;), by klient wyszedł z sali z uśmiechem na ustach…
Koniec gadania, zapewne wiercicie się już ze zniecierpliwienia, więc let’s go! Oto filmy, które obejrzałam i co ciekawego o nich wyczytałam (JEŚLI JESZCZE NIE WIDZIELIŚCIE TYCH FILMÓW, TO MARSZ OGLĄDAĆ I WTEDY MOŻEMY POGADAĆ;):
1. The King’s Speech (2010)- w 2011 roku ten film zdobył Oscara w kategorii najlepszy film. „The King’s Speech „ wyreżyserował Tom Hooper, a w rolę głównego bohatera, czyli króla Jerzego VI wcielił się Colin Firth. O co chodzi? Zanim książę Albert został przez swoich rodaków zaakceptowany, przeszedł nie la da drogę. Mianowicie, był jąkałą. Wyobrażacie sobie króla, który nie może wykrztusić ani jednego pełnego słowa do mikrofonu podczas wielkiej gali? No właśnie… a jednak tak właśnie to wyglądało. Nasz bohater trafił na zły moment w historii ludzkości, czyli początek rewolucji w środkach masowej komunikacji. Moi drodzy POCZĄTEK, czyli wszystkie przemówienia były transmitowane na żywo (bez możliwości wcześniejszego nagrania). I stało się. W 1925 podczas przemówienia na Wembley nasz książę poniósł sromotną klęskę – nie wygłosił nawet jednego zdania. Niedługo potem na jego drodze pojawił się  (a raczej znalazła go żona księcia) lekarz Lionel Logue, który zobowiązał się pomóc, używając dość niekonwencjonalnych metod. W międzyczasie okazuje się, że ojciec księcia nie był zbyt miły (lekko mówiąc) i nasz bohater miał ciężkie dzieciństwo. Co więcej, to starszy brat Alberta Dawid (Edward VIII) miał zostać królem, ale abdykował by poślubić rozwódkę (i tak było w istocie).
KŁAMSTWA: I przechodzimy do najciekawszej części, czyli kłamstw. Po pierwsze, wspomniany wcześniej brat był zagorzałym „fanem”… Hitlera i faszyzmu (co oczywiście w filmie pominięto). Nawet kiedy na nasze tereny weszli Niemcy, Edward VIII wciąż popierał Hitlera. Kolejne „niedopowiedzenie”, to stosunek Winstona Churchilla do powyższego dżentelmena. W filmie surowo potępia postępowanie Edwarda, a w rzeczywistości gorąco go popierał (co było szokiem nawet dla jego sprzymierzeńców). I chyba „najcięższe” kłamstwo w całym filmie – nasz Bertie („ksywka” głównego bohatera dla najbliższych) wcale nie był taki antyfaszystowski od samego początku. Jak wielu innych ludzi, również i on nie od razu zdał sobie sprawę z zagrożenia, które niesie ze sobą Hitler i dopiero po pewnym czasie poszedł po rozum do głowy (w filmie od początku przewiduje kłopoty z Niemcami).
2. Argo (2012) – film został uhonorowany statuetką w 2013 roku. To produkcja wyreżyserowana przez Bena Afflecka, gdzie główną rolę gra… Ben Affleck (surprise, surprise!) (gra agenta, który ma za zadanie wyprowadzić z Iranu grupę Amerykanów). Film ukazuje wydarzenia, które miały miejsce w listopadzie 1979 roku, kiedy to Irańczycy włamali się do ambasady USA w Teheranie. Dlaczego? Główną przyczyną zamieszek była zgoda Ameryki na przyjęcie do siebie byłego przywódcę Iranu, który miał na sumieniu mnóstwo, ale to mnóstwo ofiar. W czasie „włamania”, około 50 Amerykanów zostało wziętych do niewoli, a uwolniono ich dopiero w styczniu 1981. Jednak film skupia się na innej grupie Amerykanów. W pobliżu znajdował się również drugi budynek USA i to z niego udało się uciec sześciu Amerykanom, przed przybyciem  Irańczyków. W 1980 CIA postanowiło zorganizować akcję mającą na celu przemycenie „szczęśliwej szóstki” do Ameryki.
KŁAMSTWA: Co pewnie was zdziwi, historyjka z kanadyjską grupą filmową naprawdę istniała z tym, że w filmie wciela się ją w życie, podczas gdy tak naprawdę władze zrezygnowały z tego pomysłu. W filmie jest pokazane również, że nasi  bohaterzy schronili się u kanadyjskiego ambasadora. W rzeczywistości po kilku nocach, grupa została rozdzielona i niektórzy przenieśli się do domu innego Kanadyjczyka. Scena ze sprawdzaniem miejsca na kręcenie filmu, to również totalna bujda. Byłoby to zbyt niebezpieczne. I ostatnie przekłamanie, które mnie osobiście najbardziej zaskoczyło – tak naprawdę irańscy pracownicy lotniska wcale nie sprawdzali czy dokumenty naszych bohaterów są prawdziwe, nie było żadnego pościgu i strzelaniny, a „szóstka” spokojnie opuściła wrogie ziemie.
3. 12 Years a Slave (2013) – film dostał Oscara w 2013 roku, a reżyserii podjął się Steve McQueen. Rolę głównego bohatera, czyli Solomona Northupa, gra Chiwetel Ejiofor. Produkcja jest oparta na autobiografii Solomona napisanej przez Davida Wilsona, która ukazała się w 1853 roku. Solomon był Afroamerykaninem, a przede wszystkim człowiekiem wolnym. Miał żonę i dzieci. Pewnego dnia na swojej drodze spotkał dwóch panów, którzy zaoferowali mu pracę i dużą kasę. Nasz bohater zgodził się na współpracę. Niestety, to nie był dobry pomysł. Któregoś dnia, po suto zakrapianej kolacji, Solomon obudził się skuty w kajdany. Został sprzedany na niewolnika. W krótkim czasie zostaje przeniesiony na statek płynący na południe i Solomon tuła się od jednej plantacji do drugiej, tęskniąc za rodziną i harując jak wół. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, spotyka właściwego człowieka, i po dwunastu latach rozłąki, wraca do rodziny.
KŁAMSTWA: Na początku filmu jest pokazana scena w której Solomon zostaje wykorzystany przez czarną niewolnicę. W rzeczywistości, autobiografia nie mówi o niczym takim (niektórzy twierdzą, że w sumie, to nie wiadomo, czy autobiografia  jest w pełni wiarygodna, w końcu została napisana przez Davida, czyli możliwe, że poznajemy historię z jego perspektywy, nie Salomona). Scena jest naprawdę mocna, krytycy nawet sugerowali, że to właśnie ona uwiarygodniła postać bohatera… Kolejna sprawa, to rzekoma prośba Patsey by Salomon ją zabił. Owszem, była wielokrotnie gwałcona przez Eppsa (właściciela plantacji na której pracowali) i zapewne pragnęła śmierci, ale w rzeczywistości, to żona Eppsa namawiała Solomona, by zabił niewolnicę, a nie sama niewolnica…
Jak widać, filmy są pełne kłamstw, ale czy to znaczy, że mamy je odrzucić ze wstrętem jak brudną parę śmierdzących skarpet? Nie! W końcu wiadomo, że film, to film, czyli fikcja (przynajmniej mam nadzieję, że wszyscy zdają sobie z tego sprawę…). Oczywiście, nie jestem fanką filmów, które totalnie przeinaczają historię i są krzywdzące dla osób, które uczestniczyły w pewnych wydarzeniach, ale te tutaj takie nie są. Jasne, można się kłócić, że skoro książę Wielkiej Brytanii popierał Hitlera, to nie należy tego ukrywać, ale moi drodzy, nikt tu niczego nie ukrywa. Skoro dotarłam do takich informacji, to znaczy, że ten film nie zdał egzaminu, jeśli chodzi o zmianę historii (zresztą nie taki był jego cel). Zmiana historii, to poważna sprawa, ale na szczęście nikt tu się niczego nie wypiera. No, zapewne pan Solomon przewraca się w grobie myśląc o scenie z niewolnicą… Ale celem filmu nie było ośmieszenie bohatera, a pokazanie jego drogi, zmuszenie nas do refleksji i do… płaczu.
Myślę, że filmy, które wzbudzają w nas emocje, te dobre, i skłaniają do pochylenia się nad sprawami nad którymi normalnie byśmy się nie zastanawiali, są dobre. I nie dziwię się, że powyższe trzy filmy zostały nagrodzone. Co jest piękne, to fakt, że w XXI wieku jesteśmy w stanie w szybki sposób dowiedzieć się, jak było naprawdę. Wszystko trzeba skrupulatnie przesiewać, o ile bierzemy filmy na poważnie. Jeżeli nie, po prostu cieszmy się seansem, a odkrywanie „brudnych” smaczków traktujmy jako ciekawostkę.
Trzymajcie się ciepło,
Irmina
PS: Co was najbardziej zaskoczyło?:) Może macie swoich własnych „kłamliwych” faworytów?
Źródła:

NIEZAPOWIEDZIANY GOŚĆ O 6 RANO: HIGIENA PRACY PRZY KOMPUTERZE



Siedzę przy komputerze jeden dzień, drugi dzień, trzeci itd. itd… Mija kolejny tydzień… Głowa trochę boli, ale co tam, od tego się nie umiera. Nie jestem z cukru baranek, przeżyję! Kolejny dzień – no, trochę boli, ale może jeszcze obejrzę film na komputerze. Oglądam, co sobie będę żałować! W głowie nadal ćmi, bardziej niż przed seansem, ale jeszcze do przeżycia. Kładę się. To może poczytam. Czytam i czytam i czytam. No, czas spać! I tak idziemy spać razem, ja i mój ból głowy. 

Coś tam się śni, ktoś kogoś goni, aż tu ból głowy macha rączką i przemawia “No moja droga, to była rozgrzewka, teraz czas na ostrą jazdę!”. Oj… Budzę się o 6 rano z takim bólem głowy, że nie wiem, czy śmiać się, płakać czy może wyć. Szybko do kuchni napić się wody. Gdzie ta cholerna tabletka na ból głowy? Jest, dobra. Otworzę okno w pokoju. Od tego bólu aż się spociłam. Kładę się z powrotem do łóźka, napierdziela nieziemsko. Jasny gwint. To może mokry ręcznik na głowę? Niemalże biegnę po ten ręcznik. Kładę się ponownie. Matko, jak ja to wytrzymam? (przywołuję wszystkie niecenzuralne słowa, jakie znam). Byle zasnąć, byle zasnąć… Zasypiam. Budzę się koło 12 i czuję niebiańską pustkę w głowie. Migrena odpuściła.
Jak to się stało, że od razu nie przeszło tylko było jeszcze gorzej? Przecież spałam! Powinno od razu przejść!
Cóż, nie ma tak łatwo. Jak ciśnienie wariuje, to nie należy się spodziewać, że organizm rach ciach się zregeneruje w ciągu paru godzin. O czym zapomniałam? W dzisiejszym wpisie chciałabym razem z wami przypomnieć sobie, jak powinna przebiegać praca przy komputerze. W końcu migrena, to nie gorący kochanek na którego czekamy z wytęsknieniem, więc zadbajmy o to, by nas nie odwiedzał…
1. Dzyń, dzyń, dzyń– żelazna zasada: nastawić budzik, który przypomni nam Halo! Czas na przerwę! Zostaw ten komputer. Miał ktoś z was pieska? Czasami jak dorwą się do miski z jedzeniem, to nawet nie przełykają, tylko jedzą jak szalone, jakby zaraz miał ktoś im te jedzenie odebrać. I niestety, my często zachowujemy się tak samo w stosunku do komputera. Nie, nie będę robić przerwy, przecież nic mi nie jest. Powiercę się trochę i będzie okej. Nie, nie będzie okej. Patrząc na coś z bliska, nasza gałka jest “spięta” (nie jestem okulistą, więc daruję sobie medyczne wyjaśnienia). Powinniśmy, co godzinę dać jej szansę na rozluźnienie, chociaż na te 5 minut.
2. Tu nie ma czym oddychać!– siedzimy w jednym miejscu przez kilka godzin, warto więc przewietrzyć pomieszczenie co jakiś czas, a nie wdychać to, co żeśmy “nachuchali”. Jeżeli uważasz, że to niepotrzebne, proponuję po tych 4 godzinach wyjść z pomieszczenia, odczekać kilka minut i wrócić. Nie chcę tu sugerować, że śmierdzisz, ale sam/a przyznasz, że fiołki to to nie są. Otwórz okno, nic cię to nie kosztuje (możesz to zrobić w czasie przerwy:).
3. Gdzieś w dali– została jeszcze chwila do przerwy, a oczy nie wyrabiają? Popatrz w dal, może za oknem pitolą ptaszki na drzewie? Krople do oczu, to nie złoty środek. Zamiast iść na łatwiznę, lepiej popatrzeć przez okno lub wgłąb pokoju. I znów się powtórzę, ale… to kolejna czynność, która nic nas nie kosztuje, czyż to nie piękne?
4, Okulary na nos– nie jestem zwolenniczką “zerówek”; uważam, że udawanie iż ma się problemy ze wzrokiem jest… dziwne, ale do komputera jak najbardziej okulary z powłoką antyrefleksyjną się przydadzą. Oczywiście, tu już nie mogę powiedzieć, że nic nas to nie kosztuje, ale biorąc pod uwagę, że bez nich narażamy się na większe ryzyko konieczności posiadania “prawdziwych” okularów, to już lepiej nabyć te “zerówki” i spać spokojnie (spytajcie pracodawcę o dofinansowanie;).
5. Mój kręgosłup!– no właśnie, przychodzi taki dzień, kiedy moglibyśmy zagrać tę kwestię w reklamie tak samo rewelacyjnie jak pierwowzór po 60. Napisałam to w idealnym momencie, czas zrobić przerwę i ruszyć cztery litery. Okej, jestem z powrotem. Podczas naszego siedzenia, najbardziej cierpi odcinek lędźwiowy kręgosłupa, więc warto o niego zadbać. Będąc u ortopedy, otrzymałam ulotki z konkretnymi ćwiczeniami, które mają nam w tym pomóc. Jako że w internecie nie znalazłam grafik wraz z opisami, które byłyby tak dobre, dzielę się z wami skanem jednej z ulotek:
6. Pij do dna– siedząc przy komputerze nietrudno zapomnieć o nawadnianiu organizmu (nie wspominając już o jedzeniu). Im mniej wody w organizmie, tym łatwiej o ból głowy (jeśli nie migrenę). Warto więc przygotować sobie większą ilość wody np. z cytryną w butelce i postawić na biurku. Pamiętajmy również, że wody nie zastąpi ani herbata ani kawa. Niestety, dają one złudne uczucie nawodnienia, a tak naprawdę na dłuższą metę “wysuszają” organizm, więc starajmy się by znalazło się dla niej miejsce pośród “malinowych wzgórz” czy innych “cytrynek z limonką”.
7. Relaks, relaks i jeszcze raz relaks– nic nas tak nie wyciszy i przygotuje do pracy następnego dnia, jak relaks. Jeśli już zrobiliśmy wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, wyłączmy to ustrojstwo na rzecz czegoś przyjemniejszego. Może muzyka? (propozycja nr 1, propozycja nr 2, propozycja nr 3, propozycja nr 4) A może relaksująca kąpiel przy blasku świec lub rozluźniający masaż? Cokolwiek wybierzesz, nie angażuj w to komputera czy telefonu. To ma być chwila wytchnienia, a przede wszystkim wyciszenia.
Podsumowując, warto pamiętać by:
1. Nastawić budzik
2. Wietrzyć pomieszczenie
3. Odrywać wzrok od ekranu i patrzeć w dal
4. Używać okularów z antyrefleksem
5. Wykonywać ćwiczenia odcinka lędźwiowego kręgosłupa
6. Nawadniać organizm (wodą!)
7. Nie żałować sobie relaksu.
Tak niewiele, a ile może zmienić. Życzę sobie i wam, abyśmy pamiętali o tych wszystkich punktach i się do nich stosowali. Nawet największemu wrogowi nie życzyłabym obudzić się wczesnym rankiem z ognistą migreną. Róbmy więc wszystko, by tego uniknąć.
Jak u was wygląda dbanie o higienę pracy przy komputerze? Pamiętacie, by dbać o swoje bezpieczeństwo czy zdarza wam się, jak mnie, obudzić się z ręką w… znaczy z migreną?:D
 
Trzymajcie się ciepło,
Irmina
PS: Kto jest spragniony bardziej oficjalnych porad tj. przepisów BHP, polecam zajrzeć np. tutaj i tutaj.
Jeżeli spodobał ci się ten post, nie zawahaj się udostępnić go dalej!;)

Z PRZYMRUŻENIEM OKA: CO KOBIETA XXI WIEKU ROBI TYLKO W DOMU

kobiece sekretyRelaks, to również śmiech (jak niedawno rozmawialiśmy w poście o jodze śmiechu), więc dzisiaj się pośmiejemy. Trochę z przymrużeniem oka (ale tak naprawdę na serio!;), czyli co my, kobiety, robimy tylko w domu. Dom (przynajmniej w założeniu), to miejsce, gdzie możemy się odprężyć i darować sobie całą tę estetyczną otoczkę. Przebywając na łonie rodziny, która dobrze nas zna i nie ocenia tylko przez pryzmat naszego wyglądu, robimy różne rzeczy…

1. Babcine gacie rządzą! Co tam stringi czy koronki. Babcine gacie są dobre na wszystko – solidne jak żadne inne, a że nie grzeszą urodą? Trudno, w końcu chodzi tu przede wszystkim o wygodę, a nie o estetykę. Zresztą ile razy dziennie pokazujemy się komuś w bieliźnie? Raczej jest to kwestia dopasowania bielizny do np. cienki spodni. Ale w domu, hulaj dusza! Na wieczór zawsze można wrócić do super-extra-mega-sexi koronek (chociaż jak mamy ten błysk w oku, to raczej nie są one potrzebne do zainspirowania partnera;). Krótko mówiąc, niech żyją babcine gacie!

 

kobiece sekrety
2. Na pohybel z chomątem! (i jego twórcą) Pierwsze biustonosze powstały w Grecji, ale uwaga! dla kobiet uprawiających sport, które odczuwały ból np. podczas biegania. Na pohybel tego, kto wymyślił, że warto nosić to ustrojstwo na co dzień. Gdyby nie ty, zapewne mogłabym chodzić w bluzkach, które od dawna zbierają kurz w mojej szafie! Dlaczego? Bo nie mam odpowiedniego stanika! No niech cię! I proszę tu nie gadać, że to kwestia estetyki- są miejsce, gdzie staników się nie nosi i nikt się nie krzywi, bo pierś już nie jędrna. Ale oni są jeszcze nie skażeni medialnym praniem mózgu. Zazdroszczę!
kobiece sekrety
3. Dres nigdy cię nie zdradzi! Co my byśmy bez niego zrobiły? Wygodny, najlepiej odpowiednio powyciągany, kochany i niezawodny dres. Bez niego jak bez… aż trudno do czegoś przyrównać tę miłość, po prostu bez tego cudu nie da się żyć! Tak, tak, jak się pracuje w domu, lepiej się ubrać, umalować, co by się do pracy zmotywować, ale po godzinach… Rozglądamy się wokoło, gdzie jest nasz najlepszy przyjaciel, uosobienie luzu i symbol wolnego czasu? Jest, leży tam, na krzesełku i uśmiecha się zalotnie – już wie, że ten wieczór należy do niego!
Drogie Panie, dobrze gadam?:) Co byście zaproponowały od siebie?
Drodzy Panowie, a jak to jest z wami?…
Trzymajcie się ciepło,
Irmina

IDEAŁ PIĘKNA, A KULTURA

Witajcie kochani. Dzisiaj chcę wam zaproponować miłe spędzenie czasu poprzez wspólne odkrywanie ideałów piękna z różnych stron świata. W dobie zalewu programami typu “zrób ze mnie bóstwo”, “operacja plastyczna rządzi” myślę, że warto wyściubić nosa spod polskiej kołderki i przekonać się, że to, co w jednym kraju jest uważane za nieatrakcyjne, w drugim państwie może zrobić furorę. Kubki z herbatą w dłoń i zaczynamy!

Indie ideał piękna


Indie
Tamtejsze kobiety uwielbiają się stroić. Kolorowe sari, kolczyki w nosach, malowanie henną czy piękna biżuteria, to ich znaki rozpoznawcze. Do pewnego momentu szczupłe dziewczyny nie miały tam czego szukać, ale powoli moda na chudość dociera również do mieszkanek Indii i zmienia ideał piękna na smuklejszy.

 

Mauretania (i kraje Afryki)
Raj dla właścicielek kobiecych kształtów. W Afryce mają po prostu… zdrowe podejście do kwestii zaokrągleń. Lubią to, co naturalne. Niestety, istnieje też ciemna strona tej sielanki. Co prawda ta tradycja powoli umiera, ale do niedawna wybrane małe dziewczynki były zabierane na specjalne farmy w celu podkarmienia. Obfitsze kształty są nie tylko ideałem piękna, ale również symbolem wyższego statusu w społeczeństwie Mauretanii – stąd też te praktyki.

 

Tajlandia ideał piękna

 

Tajlandia

W tym kraju liczy się koloryt skóry, a raczej jego… brak. Ideałem jest jak najbielsza skóra i co za tym idzie, rynek kosmetyków przeznaczonych do wybielania skóry kwitnie. Są produkty legalne, ale również nielegalne, których użycie może prowadzić do poważnych skutków ubocznych. Oglądałam film dokumentalny na ten temat- włos się jeży na głowie. I wszystko to, by być piękną…

Etiopia

Na południu Etiopii możemy spotkać się ze skaryfikacją (“odmiana sztuki zdobienia ciała poprzez nacinanie, zadrapywanie lub wypalanie skóry tak, że w danym miejscu tworzy się jasna tkanka bliznowa”). Im więcej takich “tatuaży” na ciele kobiety, tym lepiej. Co ciekawe, pretendentka do ożenku musi posiadać odpowiednią ilość blizn by mogła wyjść za mąż.

Francja ideał piękna

 

Francja
Tu możecie być zaskoczeni. Francuzki dziwią się dlaczego kobiety z innych krajów tak się “szpachlują”. Mieszkanki Francji skupiają się bardziej na stylu i podkreślaniu naturalnego piękna. Ich ideał piękna opiera się na przekonaniu, że ważniejsza jest osobowość. Tę wyższość charakteru nad fizycznością nazywają “jolie laide”. Trzeba jednak wspomnieć, że lubią raczej szczupłe ciała.
Teraz coś dla miłośników YT. “100 Years Of Beauty in 1 Minute”, to seria w której autorzy pokazują na modelce zmieniające się trendy w danym kraju na przestrzeni lat. Przykładowe filmiki:

 

Stany Zjednoczone
Iran
Korea
Włochy

 

Który ideał piękna najbardziej do was przemawia, a może macie swój własny, odmienny pogląd na kwestię wyglądu? Co jest dla was ważniejsze: wygląd czy charakter? 
Dajcie znać w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło,
Irmina

Źródła:
http://www.tripbase.com/blog/8-ideals-of-beauty-from-around-the-world/
http://allwomenstalk.com/8-different-ideas-of-beauty-around-the-world
http://wanderingpioneer.com/revealing-female-beauty-standards-around-the-world/2/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Skaryfikacja_(modyfikacja_ciała)

SZTUKA PRAWIENIA KOMPLEMENTÓW – SKAZANA NA WYMARCIE?

Sztuka prawienia komplementów
Dzisiaj chciałabym porozmawiać z wami o sztuce prawienia komplementów. Czy w XXI wieku komplementowanie jest skazane na wymarcie? Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że niestety tak.
Kiedy ostatnio obca lub ledwo znana ci osoba powiedziała ci coś miłego, chociażby “dobrze dziś wyglądasz” czy “masz ładną  fryzurę”? Kiedy ty ostatnio skomplementowałeś kogoś?
Coraz rzadziej słyszę ciepłe słowa. I nie chodzi mi tylko o te skierowane do mnie, ale w ogóle. Dlaczego ludzie boją się powiedzieć coś miłego drugiej osobie? Rozmyślając nad tym tematem, od razu przed oczami stają mi fotki kosmetyków/ubrań/organizerów z Instagrama.
“Mam i ja”, “Moje”, “Upolowałam”, “Zaszalałem”- co jest grane? Bez bicia przyznaję się, że też czasem wrzucam zdjęcia nowości, ale podpisy takie jak powyższe nie przemawiają do mnie. Organizery w Biedrze? Wszyscy się rzucają, bo ktoś już MA. TY MASZ, więc MUSZĘ MIEĆ i JA. Piękne buty, zwiewna sukienka, najnowsza gra. Przyznaję, że jak już się pochwalisz czymś w sieci, to komplementów często jest zatrzęsienie. Problem w tym, że później zakładamy pięknie wypastowane buty, wychodzimy troszkę w stresie, ale bardziej ciekawi, czy inni podzielą nasze zdanie, że w czymś nam dobrze, i co? NIKT NIC NIE MÓWI. Żadnego “do dupy”, “co ty masz na sobie?”, “fajnie wyglądasz”. NIC.
Nie uważacie, że to zabawne? Myślę, że każdemu z nas przytrafiło się stresować “bo co ludzie powiedzą”. A tak naprawdę wszyscy mają to w głębokim poważaniu. I nawet jak im się podoba, to nic nie powiedzą, bo przecież ONI tego nie mają. A skoro to nie ich, to po co się fatygować?
Oczywiście, pomijam tu reakcje bliskich nam osób. O wiele łatwiej jest odezwać się do kogoś, kogo znamy i lubimy. Z tej strony raczej możemy się spodziewać sporej ilości ciepłych (lub gorzkich) słów.
Nie chcę, żeby ludzie przestali sobie prawić komplementy. Staram się zauważać piękno wokół siebie i to komentować. I nagle okazuje się, że ktoś obok potwierdza moje słowa i skomplementowana osoba będzie miała dobry humor przez cały dzień. I wtedy nasuwa się pytanie: skoro myślał/a tak samo, to czemu wcześniej tego nie powiedział/a? Dlaczego to tyle nas kosztuje? Przecież to tylko mogą być dwa słowa, trzy czy cztery. Czy tak bardzo dążymy do swojego zadowolenia, że nie zależy nam na wywołaniu uśmiechu na twarzy drugiej osoby? Tylko wiecie co? Jak my nie będziemy się odzywać, to kiedyś też się zawiedziemy i to srogo. I nie dlatego, że coś było nie tak. Tak po prostu.
Do tego oczywiście dochodzi kwestia, że jak już usłyszymy coś miłego, to jest to raczej “fajna spinka”, a nie “dobrze ci w tej fryzurze”. Bo przecież powiedzenie komuś, że dobrze wygląda boli. Zresztą i tak dobrze wygląda przez tę spinkę!
Ale to już temat na osobny post…
Jakie są wasze odczucia? Prawicie komplementy czy może uważacie, że gra nie jest warta świeczki? Jestem ciekawa, co sądzicie na ten temat.
Trzymajcie się ciepło,
Irmina

JOGA ŚMIECHU: ŻEGNAJ STRESIE, WITAJ RADOŚCI!

Joga śmiechu


Śmiech, to zdrowie- każdy z nas zna to powiedzenie, ale czy staramy się wprowadzać w życie uzdrawiające właściwości śmiechu, jak najczęściej? Raz się udaje, innym razem po prostu nam nie do śmiechu. Zresztą ile można się śmiać? I tu przychodzi nam z pomocą joga śmiechu dzięki której możemy w pełni usprawiedliwić nasze śmieszne minki przed lustrem:)) Możemy również udać się na zajęcia grupowe, ale o tym za chwilkę. Jeżeli chcecie się pośmiać razem ze mną, zapraszam!

Joga śmiechu wywodzi się z Indii i od niedawna jest również znana w Polsce. Na czym polega ta “dyscyplina”? Na śmiechu bez konkretnego powodu. Na początku zapewne odczujemy pewną barierę przed udawaniem, śmiech będzie wymuszony, ale po pewnym czasie odkryjemy, że jesteśmy w stanie śmiać się bardziej otwarcie, radośnie. Naukowcy dowiedli, że nasz mózg nie rozpoznaje czy śmiejemy się “naprawdę” czy “na niby” dzięki czemu podczas, nawet sztucznego, śmiania się do mózgu wydzielają się endorfiny, które poprawiają nam nastrój.

Joga śmiechu
Dlaczego warto skorzystać z tej metody jako chwili relaksu?
  • dzięki śmiechowi uwalniają się do organizmu hormony szczęścia
  • z czasem odczuwamy większy spokój i równowagę
  • stajemy się bardziej energiczni
  • dostarczamy naszym ciałom dużą dawkę tlenu
  • jesteśmy bardziej pogodni i otwarci na innych, mamy lepszy humor…
A to tylko niektóre z korzyści jogi śmiechu (źródło: brygadasmiechu.pl).
Joga śmiechu
Jak zacząć? Osobiście proponuję najpierw śmianie się do samego siebie/lustra. Nie każdy od razu jest gotowy do rzucenia się na głęboką wodę i śmiania się w towarzystwie zupełnie obcych ludzi. Jeżeli nie czujesz się komfortowo ze sztucznie wywołanym śmiechem, zacznij od uśmiechania się, a reszta przyjdzie z czasem. Przy dłuższym stosowaniu “terapii śmiechem” myślę, że warto rozważyć zapisanie się na zajęcia w grupie- możliwości wymiany się doświadczeniami i poznania innych “roześmianych” nic nie zastąpi!
Joga śmiechu
Lubicie takie alternatywne sposoby na radzenie sobie ze stresem czy wolicie bardziej tradycyjne metody (np. kto lubi czekoladę łapka w górę:)?
 
Dajcie znać, jakie są wasze sposoby na wyciszenie się!
Trzymajcie się ciepło,
Irmina