CZEGO NAUCZYŁ MNIE ROK BLOGOWANIA? ŻÓŁĆ, IRONIA I PROMYCZEK ŚWIATŁA



Przed założeniem bloga przeczytałam niezliczoną ilość materiałów o tajemniczym SEO, efektywnym blogowaniu, zachwycających inspiracjach czy perfekcyjnych zdjęciach na bloga – spokojnie mogłabym zebrać te wszystkie artykuły i wyszłoby zacne tomiszcze. Czy jednak przygotowało mnie to do prowadzenia bloga? Nie. 

Miało być tak kolorowo – wieczne słońce, jednorożce rzygające tęczą i skrzynka pocztowa zapchana propozycjami współpracy. Miał być wodospad lajków, grad komentarzy i listy z osobistymi gratulacjami od znanych “szych” blogerskich.

I d…ramat.

 

Czego nauczył mnie rok blogowania?
 

1. Złotych zasad L4L (*likeforlike), F4F (*followforfollow) nie pokonasz.


Blogosfera, to nie bajka, nie drapie cię po… no wiecie gdzie. Ktoś skomentował twojego posta? W podskokach ruszaj na jego teren, bo jak nie, to więcej do ciebie nie wróci. I nie ma, że boli. Bo skoro ktoś poświęcił ci swój cenny czas, to jak to tak, nie odwdzięczyć się? Zresztą, nie czarujmy się, to głównie blogerzy blogerom nakręcają publikę, bo wiedzą ile czasu zajmuje napisanie postu czy obrobienie zdjęć. Czytelnik, taki po prostu (bez urazy), może czytać każdą twoją notkę i nigdy nie poznasz nawet jego imienia. Bo skoro nie ma bloga, to aż tak mu nie zależy albo… nie wie, co powiedzieć (co doskonale rozumiem, bo czasem też nie wiem, co powiedzieć i pozostaje mi jedynie zostawienie “+”…).

L4L oraz F4F szczególnie dobrze się mają w mediach społecznościowych. Przyznaję, bez bicia, też byłam PoKeMoNeM PeŁnĄ gĘbĄ, ale w pewnym momencie zaczęło mnie to wkur…. bardzo denerwować:

Wchodzę na Insta i o! jest, udało mi się przyciągnąć tylu nowych obserwatorów ilu sobie założyłam! Na drugi dzień wchodzę i chust mi w gust, wszyscy z niesmakiem mnie odznaczyli, bo śmiałam ich nie zaobserwować.

I ch…wała z tym, od jakiegoś czasu mam nowe konto i nie robię z nim absolutnie nic, oprócz oczywiście wstawiania zdjęć i pitolenia o tym czy tamtym. I wierzcie mi, że czuję się tak cudownie! Wreszcie nie marnuję czasu na lajkowanie, folołowanie, komcianie i pierdzenie w stołek przez godzinę albo i więcej.

Żeby sprawiedliwości stało się zadość – głównie wchodzę na blogi innych chwilę po tym jak opublikuję nowy post, co może zakrawać na bezczelność z mojej strony, ale właśnie wtedy mam na to czas. I szczerze? Czasem mogę mieć leciuteńki żal, że jest słaby odzew, bo nie pomachałam rączką na innych blogach, ale…

Czy ja sama mam czas, żeby wchodzić codziennie na Google+, listę czytelniczą na Bloggerze czy na Bloglovin, żeby ogarnąć czy ktoś napisał coś nowego? NOPE.
Czy mam czas na odkrywanie nowych blogów? NOPE.

I co ja się dziwię, że złote zasady są złote?

Przecież i tak tego nikt nie zobaczy…

2. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal


Nie raz natknęłam się na dyskusje typu „Insta samo zło, bo ludzie fałszują rzeczywistość”, „Zdjęcia na blogach samo zło, bo przerobione, i wcale tak zajebiście tam wam nie było” etc. I wtedy oczy robię takie O.O Za każdym razem, przysięgam. Bo kto już się w to bawi, to dobrze wie, że tak właśnie jest i automatycznie zgadza się na takie zasady gry.

Czy naprawdę masz ochotę na oglądanie zdjęć szambonurka? NIE.
Czy bawi cię podglądanie życia zmęczonej życiem Polki, która jedynie o czym marzy, to żeby wstać o szóstej, a nie o piątej do pracy? NIE.

Chcesz pozytywnej energii, inspiracji, sloł lajfu i dodaj sobie, co jeszcze chcesz.

Czy szambonurek pozytywnie cię nastroi na cały dzień? NIE.
Czy ta szara myszka sprawi, że pomyślisz „życie jest piękne!”? NIE.

Więc o co ci chodzi? Bo wiesz, ten bloger czy instagramerka mogą w prawdziwym życiu mieć długi i brudno w mieszkaniu, ale raczej ci tego nie pokażą, bo na tym polega gra internetów- KREACJA, wieczna kreacja. A ty tego nie robisz wstawiając sexi focię na FB? Znajomi pewnie ze zdumienia przecierają oczy, bo przecież w realu wcale tak nie wyglądasz.

Mnie cieszy, że chociaż w niektórych miejscach w sieci jest pięknie, ciepło i miło. Zero hejtu i rozprawiania o swoich chorobach. I choć mam świadomość, że to wszystko kreacja, to przecież sama kreuję. Najważniejsze, to mieć świadomość, że to tylko część naszego świata.

3. Nie szata i dobra treść robi bloga


Znam takie blogi, które ciężko nazwać estetycznymi, a jednak mają, to coś, co przyciąga publiczność (w tym mnie). Z drugiej strony, znam blogi, których jedynym zadaniem jest promowanie autora w nowej kurteczce, a jedynym zadaniem obserwujących (w tym mnie) jest napisanie „jak ci ładnie!”, „gdzie kupiona?”, „wolę cię w czarnym”. Nie szata i dobra treść czyni dobrego bloga.

Esencja tkwi w samym autorze– w jego charyzmie. Bo można się kreować do bólu, ale jednak wprawne oko zauważy, czy to tylko pozory czy rzeczywistość. Kreowanie ma swoje limity.

A teraz wszyscy na trzy szczerze się uśmiechamy!

I drodzy państwo, naprawdę widać, kiedy szczerze heheszkujecie do kamery, a kiedy jest to tylko na pokaz i w rzeczywistości wcale nie jesteście tacy krejzi, kul i trendi. Ale i tak będę Wam kibicować. Bo jeżeli odwalacie dobrą robotę, to czemu nie? Sama nie jestem śmieszkiem, a w obiektywie i tak zawsze wygra uśmiech.

4. Google+ daje radę


Facebook. Bronię się przed nim rękami i nogami. Po tym, co mi tam wyskakuje na głównej, to mam wrażenie, że to siedlisko hejtu i ironii. I choć ironię lubię, to jednak hejtu z tyłka nie zniosę, więc logowanie się tam więcej niż to konieczne byłoby dla mnie katorgą.

W zamian wybrałam Google+ i muszę przyznać, że ktoś (nie pamiętam już kto) ma rację, że Google+ rośnie w siłę. Przy odpowiednim dobraniu słów kluczowych, nasz wpis na Google+ może wylądować na pierwszej stronie w wyszukiwarce. Hejtu tam jeszcze mało, więc z przyjemnością bombarduję swoich obserwatorów ciekawymi treściami i oczywiście powiadomieniami o nowych notkach.

PS: Tak, tak wiem, zaraz “tysiąc” osób mi napisze, że co ja gadam, Google+ śmierdzi etc. Dla mnie działa i zdania nie zmienię. I choćby to był nawet dziki łut szczęścia, to z niego nie zrezygnuję tylko dlatego, że komuś się na tym polu nie powiodło. Deal with it.

UPDATE: Zmieniłam zdanie w tej sprawie. Zaraz wystartuję z fanpage na FB. Rychło w czas!

 

-I jak ci idzie kochanie? -Czuję, że jeszcze kilka zdjęć i wreszcie uchwycę dobry kadr.

5. Nie lektura, a działanie czyni mistrza


I tutaj wyznanie mea culpa się kłania. Tyle się naczytałam o SEO (*optymalizacja treści w taki sposób by tekst trafił do większego grona czytelników), z czym to się je i… nic. Zawsze po przeczytaniu jakiegoś wpisu pamiętam, że zrobić tak i tak, a później pustka i SEO leży i kwiczy. I nieważne, że mam tyle pozycji w zakładkach – to po prostu nic nie daje, bo pewnych rzeczy po prostu trzeba się nauczyć na pamięć, wyryć jak inicjały w korze drzewa. I praktykować niczym… a nieważne.

W każdym razie samymi dobrymi chęciami daleko się nie zajedzie, co tyczy się wszystkich sfer blogowania – chcesz robić lepsze zdjęcia? To wyłaź z domu i je rób.
Chcesz ogarnąć SEO? To weź się nauczył podstaw na pamięć Irmina, a nie marudzisz.

6. Blog w powijakach=przekonanie innych, że mogą cię zrobić w bambuko

Niech żyją posty o haniebnych wymianach barterowych, bo gdyby nie one, już dawno pisałabym dla kogoś za darmoszkę. Nie wspominając o robieniu dobrych zdjęć. Ale zawsze znajdą się tacy, którzy spróbują cię połechtać i zaproponować wspólne budowanie strony/marki/czegokolwiek w zamian za promocję. A ja się pytam: jaką promocję skoro nikt tej strony/marki nie zna? Kto ma ochotę, nikomu nie bronię, bawcie się w takie rzeczy, ale w blogosferze jak w każdym biznesie trzeba na chłodno kalkulować zyski i straty. Czy na pewno opłaca ci się ślęczeć cztery godziny w zamian za… nic?

7. Niech żyją PhotoScape, Picasa i inne!

Aparat postrzega świat zupełnie inaczej niż ludzkie oko, a już w szczególności aparat w telefonie (sama używam telefonu). I cóż zrobić, kiedy światło nie te, aura nie ta i wszystko nie tak? Robić zdjęcia jak zawsze, bo później z pomocą przyjdą  programy do obróbki zdjęć.
I nie ma, co się tu oburzać, że to oszukaństwo, bo obecnie prawie wszystkie zdjęcia zostają poddane obróbce, nie wspominając już o ludziach, którzy wypłynęli właśnie dzięki byciu obcykanym w takowych programach.

8. Nic nie trwa wiecznie…


… więc trzeba być elastycznym i broń cię kochanie przed osiadaniem na laurach! Bo ludzi coś tam kręciło, a teraz już nie kręci? Taki lajf, rusz głową i spróbuj czegoś nowego. Tylko pod żadnym pozorem nie baw się w coś, co cię nie bawi, bo to też widać. I czuć.

9. Ręka rękę myje


No, sama proszę się o hejterstwo, ale cóż, nie mam zamiaru mydlić komukolwiek oczu. Nie raz czytałam, że jeśli chce się wypłynąć, to dobrym sposobem jest bycie aktywnym u jakiegoś znanego blogera – wartościowe komentarze, a najlepiej czytać jeszcze komentarze innych i dyskutować w miarę możliwości.
Tylko powiedzcie mi proszę, jak często znani blogerzy promują szaraków? Bo sama zauważam to niezwykle rzadko. I wiecie co? Nie dziwię się. Bo skoro ja nie mam czasu na czytanie notki po notce by polecić czyjegoś bloga, to co dopiero osoba, która oparła całą swoją działalność (często gospodarczą) na blogu? Łatwiej jest przeczytać notkę czy dwie i zaufać czytelnikom- skoro ma sporo komentarzy i ładne statystyki, to widocznie, odwala dobry kawał roboty. Blogowa szycha nie może sobie pozwolić na ryzykowne promowanie, musi być pewna, że nie promuje, wybaczcie, kupy.

Sama staram się linkować do tego, co mnie zainteresowało bez względu na to, czy ktoś ma tysiąc komentarzy czy dwa ( co możecie zaobserwować na Google+), co nie zmienia faktu, że lajf is brutal i nie ma, że boli; a poza tym polecenie jednego postu, to zupełnie, co innego niż całego bloga.

Pewnie ktoś zaraz powie, że piszę tak, bo mój blog nie jest rozchwytywany przez znanych i kochanych na lewo i prawo, ale prawda jest prawdą. To nie oznacza oczywiście, że najlepiej zarzucić czytanie popularnych blogów, bo i tak się to nie opłaci. Warto dla samych treści i tego, co możemy wyciągnąć dla siebie i swojego miejsca w sieci.

Krótko mówiąc: czytanie i komentowanie ukierunkowane jedynie na własny zysk jest bez sensu, więc nie latajmy w chmurach, bo upadek może zaboleć. I to bardzo.

10. Blogowanie, to zabawa dla szaleńców


Katowanie oczu przez kilka godzin, obrabianie zdjęć do skichania (aby było perfekcyjnie!), pisanie tekstu tylko po to by stwierdzić, że i tak jest do pipla. Takie to już blogowanie jest i kto nie wierzy, że zajmuje sporo czasu, ten nie wie, o czym mówi. Nie chcę tu robić z blogerów cierpiętników, bo tak się namęczą, napocą i w ogóle dramat, ale na blogowanie trzeba mieć czas. Jeśli oczywiście traktujemy je poważnie. Co więcej, czasem może się okazać, że te kilka godzin i tak pójdzie w… przestrzeń kosmiczną, bo zdjęcia nie zachwycają, tekst nie zachwyca, nic nie zachwyca.

A szablon? Matko jedyna, to jest dopiero jazda bez trzymanki! Sama zmieniałam go tyle razy, że dziwię się, że ktoś jeszcze kojarzy tego bloga. I dalej kombinuję, i będę. Trudno- szaleńcy postępują wbrew regułom, blogerzy wbrew złotym zasadom poczytnego bloga czasem też.

 

Ups, czy ja naprawdę to powiedziałam?

11. Zastanawianie się czy warto to ciągnąć, czy coś mi to daje, czy może odejść stąd, to grzech święty!

Czytam ten tekst i myślę sobie „jak to wszystko gorzko brzmi! Ile goryczy i rozpaczy niespełnionego blogera!”. Ale nie czarujmy się, aby dotrzeć do głębi trzeba przesadzać, inaczej w TV nie informowaliby jedynie o gwałtach i morderstwach.

Ale, kurcze pieczone, zobowiązuję Was, moich kochanych czytelników, że jeżeli, nie daj absolucie, powiem, że odchodzę, to żeby postawić mnie do pionu. Bo nie ma takiego zajęcia, dzięki któremu rozwinęłabym się jednocześnie na wielu płaszczyznach tak jak dzięki blogowaniu.

Nagle zaczęłam dbać o rzeczy, które wcześniej miałam między pośladkami- żeby filiżaneczka do zdjęcia na Insta była ładna, żeby mieć pod ręką miłe dla oka rzeczy, żeby ubierać się bardziej fotogenicznie i chociaż usta pomalować (no, nie zawsze się tego trzymam, bo czuję się dobrze we własnym ciele, ale patrz punkt 7- kamera widzi nas i otoczenie inaczej). Blogowanie zmienia i to bardzo, i nagle to, co jest częścią naszej internetowej kreacji staje się częścią nas. I to jest piękne.

Gdyby nie blogowanie, moje zainteresowanie fotografią pochłonęłaby nicość i zapomnienie.
Gdyby nie blogowanie, nie miałabym takiego wyczulonego oka na piękno nas otaczające.
Gdyby nie blogowanie, nie doceniałabym tak bardzo tego, co mnie spotkało w ostatnim roku. Bo trudno zachwycać się czymś w momencie posiadania, a później? Jedna negatywna sytuacja i zapominamy o wszystkim. A blog to taki też pamiętnik, który woła do nas „heloł, przecież jest super!”.
Gdyby nie blogowanie, pewnie nie miałabym takiej wiary w ludzi, bo oglądając TV można mieć wrażenie, że na świecie, to same świnie żyją, a jak już się trafi ktoś, kto chociażby ustąpi ci miejsca w autobusie, to jest bohaterem miesiąca.

Blogosfera, to miejsce, które zmienia człowieka i to od nas zależy czy w pozytywny czy w negatywny sposób. Jasne, nie zawsze jest różowo (patrz: ¾ tego postu), ale to nieważne. Bo taką dawkę pozytywnej energii i tylu cudownych ludzi, to spotkacie jedynie na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, a ona jest tylko raz w roku.

 

Czekam na Wasze obserwacje dotyczące blogowania – jestem ciekawa czym Was zaskoczyło (zarówno pozytywnie, jak i negatywnie);)
 
 

Wasze zdrowie,
Irmina

4 myśli na temat “CZEGO NAUCZYŁ MNIE ROK BLOGOWANIA? ŻÓŁĆ, IRONIA I PROMYCZEK ŚWIATŁA

  1. To i ja dorzucę swoje 3 grosze, skoro już “lajka” otrzymałam i tą drogą tutaj trafiłam. Nawiążę konkretnie do wychwalanego google+. Jeżeli o google+ chodzi, to oczywiście wszystko pięknie, ładnie. A “łyżką dziegciu”, która, jak zauważyłaś zawsze się znajdzie, bywa chociażby to, że niektóre osoby komentują wrzucane tam linki do wpisów sugerując się wyłącznie …takim właśnie linkiem. I próbują w swoim komentarzu nawiązać rzekomo do treści całości wpisu. Od razu widać, że jedyna treść, z którą taki komentator się zapoznał, to tenże krótki link właśnie 😀 Nawet nie chciało mu się wejść na bloga i pozostawić naciąganego komentarza bezpośrednio pod wpisem… “Bo po co sobie życie utrudniać, a może ktoś zajrzy do mnie i lajeczka zostawi…” Zauważam to nagminnie. Ot, “uroki” internetu. Ale bądźmy wytrwali – mimo tego rodzaju drobiazgów 😉

    1. No cóż, nigdy nie będzie kolorowo – tak samo jest chociażby na fb. Z drugiej strony nie znamy się, więc nie czujemy się w obowiązku tak samo angażować się jak w realu (jeśli w ogóle). Nie zmienia to faktu, że można tu fajnie spędzić czas. Media społecznościowe to coś pobocznego i nie ma co się tym przejmować na dłuższą metę, jak napisałaś – to “drobiazg”:)

      Pozdrawiam ciepło:)

      1. Jasne, tutaj nie chodzi o jakieś wielkie “znanie się”. Opcjonalnie: o zapoznanie się z komentowanym postem, albo odpuszczenie sobie dub smalonych pod linkiem – zawsze można dać 1+ na przykład. Chyba wyczerpałam ten wątek 😀

        Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz