Jedzenie, Podróże

GDZIE JEST CHODNIK?! KIMCHI I MIŁOŚĆ W KOREI POŁUDNIOWEJ

Docelowo mieliśmy dotrzeć do Daegu, a raczej na jego obrzeża, ale zmęczeni podróżą samolotem, postanowiliśmy spędzić jedną noc w Incheon i na drugi dzień wyruszyć w dalszą drogę. Na szczęście mogliśmy liczyć na podwózkę do hotelu, bo, jak się okazało, Korea Południowa raczej nie sprzyja pieszym…
Przyjechał po nas bus hotelowy i ruszyliśmy. Na mapie hotel był oddalony od lotniska jakieś 15 minut drogi, ale bardzo dobrze zrobiliśmy wybierając opcję z podwózką, bo zwyczajnie nie byłoby takiej opcji, żeby dotrzeć do hotelu pieszo. Szybko jeżdżące samochody, most i zero chodnika – Korea Południowa, to kraj samochodów, co w sumie nie powinno być dla nas wielkim zaskoczeniem biorąc pod uwagę fakt, że Koreańczycy mogą pochwalić się wieloma markami samochodów. Jednak my, przywykli do pieszych wędrówek, byliśmy zaskoczeni, i w sumie nadal jesteśmy (nie wspominając już o tym, że wciąż słyszymy “jakby co, to możecie zadzwonić po taksówkę” nawet jeśli można gdzieś dotrzeć na nogach w 10 minut…).

Dotarliśmy do hotelu. Całkiem nieźle wyglądająca recepcja i świetnie mówiąca po angielsku obsługa, i jeszcze darmowa podwózka na lotnisko nazajutrz! I płócienny worek z rzeczami pierwszej potrzeby (szampon, coś do smarowania ciała, pasta do zębów, szczoteczki do zębów, grzebień, mydło i jeszcze coś, ale do tej pory nie wiemy, co to był za specifik…).

Jeśli chodzi o sam pokój – niestety, zdjęcia w internecie okazały się mocno podrasowane. Nie było tragicznie, ale i tak byliśmy zawiedzeni, bo jednak spodziewaliśmy się bardziej czystego pokoju. Klapki były wielorazowego użytku, więc sobie darowaliśmy. Mogliśmy również włożyć między bajki dźwiękoszczelność pokoju oraz widok z okna (na podwórko z rozklekotanymi wozami). Ale, co ważne, była klimatyzacja, internet (każdy pokój miał własny router) i dobry telewizor (my akurat nie oglądamy tv, ale może dla Was jest to istotna informacja:). Czekały też na nas ręczniki, suszarka do włosów, czajnik elektryczny, herbata, kawa, woda, napoje (w maciupciej lodówce). Wszystkie urządzenia elektroniczne można było sterować za pomocą pilota.

Napój hotelowy (zresztą bardzo dobry):

Śniadanie też było smaczne – połączenie europejskiej (pierogi, chleb tostowy, dżem, mleko, płatki etc.) i koreańskiej (kimchi, surówka, fasolka, zielona herbata etc.) kuchni. To był nasz “pierwszy raz” z kimchi i cóż, było to bardzo ostre spotkanie. Myślałam, że mi kubki smakowe odpadną, ale mimo to, ta kiszonka kapustka przypadła mi do gustu (luby nie był jakoś szczególnie zachwycony…).

Podsumowując, dobry i tani hotel (w porównaniu z innymi) na krótki pobyt (jeśli przykładacie dużą wagę do czystości) lub długi (jeśli dbacie o budżet i jesteście zaprawieni w boju czyt. dużo podróżujecie). Odsyłam Was do strony z której korzystaliśmy podczas rezerwacji (pierwszy hotel od góry) (cała płatność na miejscu; tam też znajdziecie zdjęcia, które należy traktować z przymrużeniem oka).

Po romansie z hotelem Oceanside nadszedł czas powrotu na lotnisko i dalszą podróż już do samego Daegu. Kupiliśmy bilety (35, 800 wonów sztuka = ok. 120 zł) i wsiedliśmy do busa (zadowoleni, że się udało: pani sprzedająca bilety znała angielski 5/10).

To była bardzo przyjemna podróż. Jechaliśmy około cztery godziny, ale pojazd był klimatyzowany i można było skorzystać z darmowego wi-fi. Jednak, co najbardziej zachwycało, to widoki za oknem. Napatrzeć się nie mogłam. Mimo jetlagu, oczy miałam jak spodki i chłonęłam wszystko jak gąbka.

Wysiedliśmy z busa. Teraz trzeba było znaleźć metro, aby dotrzeć do obrzeży miasta. Duchota, że hej, słońce grzeje jak oszalałe, nasze walizki cięższe i cięższe, a tu znaków wskazujących stację metra ani widu, ani słychu. W końcu za pomocą GPS jakoś dotarliśmy do tego metra (gdzie też oczywiście była klimatyzacja). Przeżyliśmy chwilę grozy, bo nazwy stacji wyświetlały się jedynie po koreańsku, ale na szczęście po jakimś czasie pojawiały się również napisy w języku angielskim, więc daliśmy radę.

Aby dotrzeć już do miejsca, gdzie mieszkamy, skorzystaliśmy z taksówki (nie było wyjścia, ponownie zero chodnika, nie wspominając już o tym, że jechaliśmy tunelami wydrążonymi w górach…).

Na miejscu załatwiliśmy mieszkanie (wszystko wcześniej ustalone przez maila). Niestety, okazało się, że nagle i prąd i woda nie są wliczone w czynsz (wynoszący 450 tys. wonów za miesiąc = ok. 1500 zł), a jeszcze kazano nam zapłacić za podłączenie gazu (tak, też się zdziwiliśmy… a raczej zdenerwowaliśmy, bo to kolejne 23 tys. wonów = ok. 80 zł). Wniosek jest taki, że zawsze należy zakładać, że wszystko będzie o wiele droższe, a mailowe info. traktować z dużym dystansem. Żeby nie było, sam czynsz (płacony z góry za dwa miesiące i depozyt (500 tys. wonów = ok. 1700 zł), były takie, jakie miały być. Z pewnością w Polsce za takie pieniądze mielibyśmy mieszkanie “na wypasie”, ale podobno, jak na koreańskie standardy, nasze gniazdko jest również “na wypasie”, więc tego się trzymamy;)
W mieszkaniu mamy lodówkę, pralkę, dwa palniki, kibelek i prysznic (a konkretniej, słuchawkę podłączoną do umywalki). W Korei raczej nie ma co liczyć na łóżko (chyba że w hotelu). Wzięliśmy materac, dwa śpiwory i dwie poduszki, więc jest ok (i całkiem nieźle się śpi). Ubrania trzymamy w otwartych walizkach (jest wnęka a la szafa, ale nie ma półek ani wieszaków).
Nadal zastanawiam się jak zrobić zdjęcia, żeby móc Wam pokazać nasze gniazdko, ale jest tak malutkie, że potrzeba specjalnej strategii, aby miało to ręce i nogi (jakieś porady, sugestie?).
Na razie pokażę Wam widok, który mam przed sobą, kiedy piszę ten post (opieram się o przeciwległą ścianę, więc, jak widzicie, pokój naprawdę jest mały). Ale za to ma zielone ściany, tak jak u mnie w domku:)

I tak dotarliśmy do naszego pierwszego posiłku w Korei. Wokół jest mnóstwo knajpek i barów, ale stwierdziliśmy, że domyślanie się, co serwują (napisy jedynie po koreańsku) po męczącym dniu byłoby zbyt… męczące, więc postawiliśmy na klasykę, czyli zupki. Sam ich zakup był niczym rosyjska ruletka, bo oczywiście na opakowaniach nie było ani słowa po angielsku. Zastosowaliśmy taktykę “chybił trafił”, zmontowaliśmy stół z walizki, a siedziska ze śpiworów i voila, obiadokolacja gotowa.
Zupki też były ostre. Bardzo ostre…

Na osłodę, pierwszy “drink” w Korei.

Co mnie zachwyca, to fakt, że z naszego okna (z moskitierą, ufff) mamy idealny widok na zachód słońca (a zapewne zdążyliście zauważyć, że jestem ich oddaną fanką; zresztą kto nie lubi zachodów słońca?!) i możemy liczyć na przepiękne wieczorne spektakle.
Oto kolejny “pierwszy raz”.

Zaczęło się niewinnie…

Ale chwilkę później…

…Korea Południowa skradła nasze serca, a Wasze?

Trzymajcie się ciepło,
Irmina

BEZPŁATNY E-BOOK: 10 POMYSŁÓW NA WEEKENDOWE WYCIECZKI PO POLSCE. POZNAJ CIEKAWE MIEJSCA NA WYPAD