Porozmawiajmy

POCZUCIE KONTROLI NAD WŁASNYM ŻYCIEM: MOPY W DŁOŃ!

 
Są takie dni, kiedy sumiennie sprzątam po sobie i krzątam się po domu w poszukiwaniu nowych “sprzątaniowych” zadań. Wtedy ani odkurzacz, ani zlewozmywak czy szczotka do toalety nie są mi straszne. Z chęcią wykonuję prace domowe i wręcz czekam, aż pojawi się kolejne “wyzwanie” w moich czterech ścianach, któremu trzeba będzie podołać. W takie dni bliskie mi otoczenie aż błyszczy i wszystko ma swoje stałe miejsce. Nie ma tu miejsca na chaos. Ale chaos, jak wszyscy wiemy, to sprytna bestia
Są i takie dni, kiedy powiedzenie, że “tylko tu dziada i baby brak” idealnie podsumowuje stan w którym znajduje się mój dom. Chaos jakimś magicznym sposobem wkrada się do pomieszczeń i rozgaszcza zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, a co dopiero zaprotestować. Coś tam do ręcznego prania czeka na fotelu, gazety i książki rozkładają swoje obozowiska, gdzie popadnie, a drobinki kurzu pławią się w złotych promieniach słońca. Moja reakcja? W końcu można posprzątać “jutro”, sprzątanie nie zając nie ucieknie. I tylko jedno sobie stawiam pytanie: co dalej?
 
Odkąd pamiętam słyszałam, że z kim przystajesz takim się stajesz. I wszystko pięknie ładnie, zgadza się, ale dlaczego nie wspomniano przy tym o zasadzie, jak mieszkasz tak się czujesz? Przyznam, że nie od razu powiązałam swój kiepski humor i brak zorganizowania z bałaganem w domu. Czułam, że moje życie żyje, cóż, własnym życiem, a ja nad niczym nie panuję i jestem jedynie laleczką w rękach losu. Wtedy oczywiście najlepszymi przyjaciółmi są dres, koc i mnóstwo słodyczy. Brzmi jak z “Dziennika Bridget Jones”? Cóż, tak to właśnie wygląda w takich chwilach, z tą różnicą, że nie mogę narzekać, jeśli chodzi o sprawy sercowe i pupa mi zbytnio nie rośnie, więc nie ukrywam się pod stosem ubrań. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to (o ile taką sytuację można w ogóle nazwać zabawną), to fakt, że otaczają mnie wspaniali ludzie pełni ciepła i zrozumienia. Jestem szczęśliwa również sercowo i mimo wszystko te aspekty gdzieś mi umykają podczas tych słabszych dni. Jakby mój mózg stwierdzał, że takie “pierdoły” nie są warte mojej uwagi, bo przecież mam kiepski humor i to jest najważniejsze!
Ale zawsze mogę liczyć na to, że w końcu przyjdzie taki dzień, kiedy zacznę sprzątać. Z początku idzie to opornie “bo przecież jest tyle ciekawych rzeczy do roboty i ważniejsze obowiązki” (które swoją drogą w takim stanie i tak zostałyby w stanie nienaruszonym), ale im dłużej sprzątam tym lepiej się czuję. Ubrania wracają do szafek i szuflad. Podłoga może odetchnąć z ulgą, meble odzyskują swój blask, w łazience aż miło posiedzieć, zlewozmywak świeci czystością, kuchenka kusi do gotowania. Każde pomieszczenie w domu zyskuje na atrakcyjności.
I po tych wszystkich szalonych porządkach, które były takie niepotrzebne, a jednak sprawiły w efekcie końcowym przyjemność, pojawia się coś jeszcze. To uczucie. Bardzo ważne uczucie bez którego jest tak ciężko, niedobrze i źle. Poczucie panowania nad własnym życiem. Pewność jutra. Pewność, że to ja tu rządzę, że to ja wpływam na to, co mnie spotyka i że to ja decyduję o tym czy odniosę sukces. Takie proste, a zarazem takie trudne. Dlaczego trudne? Bo lubimy się chować w czterech ścianach, jesteśmy w tym mistrzami. Chowamy się w swojej norce mrucząc “mam was wszystkich głęboko”. I zapominamy, że ci “wszyscy” też w sumie na dłuższą metę nie są zainteresowani naszym “głęboko” i nic nam takie pitolenie nie pomoże. Jeśli chcemy odzyskać poczucie kontroli, to musimy sami o to zawalczyć. Jasne, że są przecież przyjaciele i rodzina, ale to nie oni mają problem. To my potrzebujemy zmian. Tylko i aż, co bliskie osoby mogą nam zaoferować, to wsparcie, ale chęci musimy mieć sami.
Nigdy nie zrozumiem określeń typu “kontrolowany chaos”, “artystyczny nieład” itp. Zauważcie, że artyści, którzy mieli bałagan w swoim domu, często nieświadomie przenosili ten rozgardiasz również na swoje relacje. Owszem dzięki tym negatywnym emocjom powstały niezapomniane dzieła, ale z drugiej strony dlaczego by nie być naładowanym pozytywną energią i wtedy pisać/malować/szkicować etc.? Inwencja twórcza nie bierze się z chaosu, rodzi się z emocji i doświadczeń. I to my decydujemy, co będzie naszą inspiracją.
Morał jest prosty: jeśli chcemy odzyskać poczucie panowania nad własnym życiem, zacznijmy od porządku “na zewnątrz” i dopiero później zajmijmy się pokojami “wewnątrz”.
Mopy w dłoń!;)
“Porządek jest potęgą”
Henri Frédéric Amiel
 
Też macie poczucie większej kontroli nad własnym życiem, kiedy wasza przestrzeń życiowa jest uporządkowana? A może to nie ma dla was znaczenia?
Trzymajcie się ciepło,
Irmina
Porozmawiajmy

JESTEM THE BEST VS. JESTEM DO NICZEGO

Jestem do niczego
 
Włączam komputer. Czas na przegląd blogowych nowości u innych. Sporo postów dotyczy motywacji – jak uwierzyć w siebie, co zrobić by doceniać swoje sukcesy i temat sezonu: jak uważasz, że jesteś the best, to i inni też tak uważają. Trochę psychologii; sporo postów, które nie wnoszą nic nowego, a powtarzają proste prawdy (o których często nie pamiętamy, więc nie bądźmy zbyt krytyczni) i może dwie, trzy perełki warte dodania do inspiracji i podzielenia się z innymi. Druga strona medalu, to posty dotyczące zadufania w sobie. Bądźmy dla siebie krytyczni, nie dajmy się wpędzić w kółko “samoadoracji” i bicia samemu sobie pokłonów. Przyznajmy się do popełniania błędów i analizujmy je w poszukiwaniu wskazówek, jak postępować kolejny razem.
I tylko jednego mi w tych postach brakuje: wzmianki o “przeciwieństwie”, czyli w poście “the best” kilku słów o krytycznym spojrzeniu, a w notkach o “skromności” kilku słów o docenianiu sukcesów…
 
Dzisiaj chciałabym podjąć temat postrzegania siebie i swoich działań z trochę innej perspektywy. Jeśli musiałabym wybierać między jedną, a drugą postawą… jasne, że wolałabym cały czas myśleć o sobie w samych superlatywach. Chodzić z dumnie podniesioną głową, czuć rozpierającą mnie pozytywną energię i nie z nadzieją, ale z pewnością, że będzie dobrze, patrzeć w przyszłość. Zresztą kto by chciał nieustannie jeździć po sobie jak po dzikiej kobyle, narzekać 24 godziny na dobę i zrażać do siebie innych swoim nastawieniem?
Jednak “wybór” nie jest taki jednoznaczny. To nie czarno-biały film. W obu postawach jest coś życiowego, coś, co możemy wynieść dla siebie. Mówi się, że optymiści dłużej żyją, ale z drugiej strony realiści są lepiej przygotowani na porażkę. A gdyby tak zastosować metodę złotego środka? Dlaczego w postach dotyczących oceny samego siebie nie mogę się jej doszukać? Może jest to kwestia lepszego “sprzedania się”, to znaczy, jeśli przekaz jest jednoznaczny i prostszy przemawia do szerszego grona odbiorców? Nie wiem.
Jestem the best
Zdecydowanie jestem zwolenniczką pogodnego spojrzenia na świat. Wtedy żyje się po prostu lepiej i zdecydowanie rzadziej wpędzamy się w stan “bezdennej rozpaczy”. Docenianie własnych osiągnięć jest ważne i potrzebne – dzięki temu jesteśmy bardziej świadomi tego, w czym jesteśmy dobrzy. Czasami trudno tak po prostu spostrzec, że coś nam fajnie wychodzi, bo jest to np. naszym obowiązkiem, albo częściej, pasją, która sprawia nam ogromną radość, a przebywając w środowisku ludzi dzielących nasze zainteresowanie może dojść do sytuacji, że ta nasz smykałka do czegoś stanie się dla nas normalna, nie będziemy widzieli w tym nic niezwykłego czy po prostu godnego miłego komentarza.
Warto więc świadomie obserwować swoje postępowanie i uśmiechać się do siebie, gdy coś nam wyjdzie. Jednak, jak już wcześniej wspomniałam, z tym wiąże się pewne zagrożenie. Możemy niebezpiecznie zbliżyć się do granicy zwanej “zadufanie“. I wtedy już nie jest tak kolorowo. Nie wiem, jak wy, ale ja nie szukam kontaktu z osobami wychwalającymi samych siebie pod niebiosa. Jasne, można się od nich wiele nauczyć pod względem budowania własnej marki, ale raczej nie chcemy wyjść na bufonów prawda?
Dlatego warto zachować tę równowagę między “the best” i “do niczego”. Metoda złotego środka, co tu dużo mówić, jest złota:) Analizujmy swoje błędy, wyciągajmy wnioski, a przede wszystkim miejmy odwagę przyznać, że “nie poszło mi dobrze”. W końcu następnym razem może być lepiej, a bycie szczerym z samym sobą i przyznanie się do potknięcia, to coś pięknego. Tym bardziej, że będzie się to wiązało z korzyściami płynącymi z wyciągniętych wniosków. Oczywiście, pamiętajmy, że mówimy o akceptacji, nie świadomości.
Akceptacja – pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić.
                                               Słownik języka polskiego
Pogodzenie się“, to właśnie klucz do zrozumienia znaczenia akceptacji. Nie rozpamiętywanie, biadolenie etc. etc., a pogodzenie się z faktami, wyciągnięcie wniosków i pójście do przodu.
Byle do przodu kochani!
Metoda złotego środka
Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Kierujecie się metodą złotego środka czy stosujecie jakieś inne rozwiązanie?
Trzymajcie się ciepło,
Irmina
Porozmawiajmy

NIEZAPOWIEDZIANY GOŚĆ O 6 RANO: HIGIENA PRACY PRZY KOMPUTERZE



Siedzę przy komputerze jeden dzień, drugi dzień, trzeci itd. itd… Mija kolejny tydzień… Głowa trochę boli, ale co tam, od tego się nie umiera. Nie jestem z cukru baranek, przeżyję! Kolejny dzień – no, trochę boli, ale może jeszcze obejrzę film na komputerze. Oglądam, co sobie będę żałować! W głowie nadal ćmi, bardziej niż przed seansem, ale jeszcze do przeżycia. Kładę się. To może poczytam. Czytam i czytam i czytam. No, czas spać! I tak idziemy spać razem, ja i mój ból głowy. 

Coś tam się śni, ktoś kogoś goni, aż tu ból głowy macha rączką i przemawia “No moja droga, to była rozgrzewka, teraz czas na ostrą jazdę!”. Oj… Budzę się o 6 rano z takim bólem głowy, że nie wiem, czy śmiać się, płakać czy może wyć. Szybko do kuchni napić się wody. Gdzie ta cholerna tabletka na ból głowy? Jest, dobra. Otworzę okno w pokoju. Od tego bólu aż się spociłam. Kładę się z powrotem do łóźka, napierdziela nieziemsko. Jasny gwint. To może mokry ręcznik na głowę? Niemalże biegnę po ten ręcznik. Kładę się ponownie. Matko, jak ja to wytrzymam? (przywołuję wszystkie niecenzuralne słowa, jakie znam). Byle zasnąć, byle zasnąć… Zasypiam. Budzę się koło 12 i czuję niebiańską pustkę w głowie. Migrena odpuściła.
Jak to się stało, że od razu nie przeszło tylko było jeszcze gorzej? Przecież spałam! Powinno od razu przejść!
Cóż, nie ma tak łatwo. Jak ciśnienie wariuje, to nie należy się spodziewać, że organizm rach ciach się zregeneruje w ciągu paru godzin. O czym zapomniałam? W dzisiejszym wpisie chciałabym razem z wami przypomnieć sobie, jak powinna przebiegać praca przy komputerze. W końcu migrena, to nie gorący kochanek na którego czekamy z wytęsknieniem, więc zadbajmy o to, by nas nie odwiedzał…
1. Dzyń, dzyń, dzyń– żelazna zasada: nastawić budzik, który przypomni nam Halo! Czas na przerwę! Zostaw ten komputer. Miał ktoś z was pieska? Czasami jak dorwą się do miski z jedzeniem, to nawet nie przełykają, tylko jedzą jak szalone, jakby zaraz miał ktoś im te jedzenie odebrać. I niestety, my często zachowujemy się tak samo w stosunku do komputera. Nie, nie będę robić przerwy, przecież nic mi nie jest. Powiercę się trochę i będzie okej. Nie, nie będzie okej. Patrząc na coś z bliska, nasza gałka jest “spięta” (nie jestem okulistą, więc daruję sobie medyczne wyjaśnienia). Powinniśmy, co godzinę dać jej szansę na rozluźnienie, chociaż na te 5 minut.
2. Tu nie ma czym oddychać!– siedzimy w jednym miejscu przez kilka godzin, warto więc przewietrzyć pomieszczenie co jakiś czas, a nie wdychać to, co żeśmy “nachuchali”. Jeżeli uważasz, że to niepotrzebne, proponuję po tych 4 godzinach wyjść z pomieszczenia, odczekać kilka minut i wrócić. Nie chcę tu sugerować, że śmierdzisz, ale sam/a przyznasz, że fiołki to to nie są. Otwórz okno, nic cię to nie kosztuje (możesz to zrobić w czasie przerwy:).
3. Gdzieś w dali– została jeszcze chwila do przerwy, a oczy nie wyrabiają? Popatrz w dal, może za oknem pitolą ptaszki na drzewie? Krople do oczu, to nie złoty środek. Zamiast iść na łatwiznę, lepiej popatrzeć przez okno lub wgłąb pokoju. I znów się powtórzę, ale… to kolejna czynność, która nic nas nie kosztuje, czyż to nie piękne?
4, Okulary na nos– nie jestem zwolenniczką “zerówek”; uważam, że udawanie iż ma się problemy ze wzrokiem jest… dziwne, ale do komputera jak najbardziej okulary z powłoką antyrefleksyjną się przydadzą. Oczywiście, tu już nie mogę powiedzieć, że nic nas to nie kosztuje, ale biorąc pod uwagę, że bez nich narażamy się na większe ryzyko konieczności posiadania “prawdziwych” okularów, to już lepiej nabyć te “zerówki” i spać spokojnie (spytajcie pracodawcę o dofinansowanie;).
5. Mój kręgosłup!– no właśnie, przychodzi taki dzień, kiedy moglibyśmy zagrać tę kwestię w reklamie tak samo rewelacyjnie jak pierwowzór po 60. Napisałam to w idealnym momencie, czas zrobić przerwę i ruszyć cztery litery. Okej, jestem z powrotem. Podczas naszego siedzenia, najbardziej cierpi odcinek lędźwiowy kręgosłupa, więc warto o niego zadbać. Będąc u ortopedy, otrzymałam ulotki z konkretnymi ćwiczeniami, które mają nam w tym pomóc. Jako że w internecie nie znalazłam grafik wraz z opisami, które byłyby tak dobre, dzielę się z wami skanem jednej z ulotek:
6. Pij do dna– siedząc przy komputerze nietrudno zapomnieć o nawadnianiu organizmu (nie wspominając już o jedzeniu). Im mniej wody w organizmie, tym łatwiej o ból głowy (jeśli nie migrenę). Warto więc przygotować sobie większą ilość wody np. z cytryną w butelce i postawić na biurku. Pamiętajmy również, że wody nie zastąpi ani herbata ani kawa. Niestety, dają one złudne uczucie nawodnienia, a tak naprawdę na dłuższą metę “wysuszają” organizm, więc starajmy się by znalazło się dla niej miejsce pośród “malinowych wzgórz” czy innych “cytrynek z limonką”.
7. Relaks, relaks i jeszcze raz relaks– nic nas tak nie wyciszy i przygotuje do pracy następnego dnia, jak relaks. Jeśli już zrobiliśmy wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, wyłączmy to ustrojstwo na rzecz czegoś przyjemniejszego. Może muzyka? (propozycja nr 1, propozycja nr 2, propozycja nr 3, propozycja nr 4) A może relaksująca kąpiel przy blasku świec lub rozluźniający masaż? Cokolwiek wybierzesz, nie angażuj w to komputera czy telefonu. To ma być chwila wytchnienia, a przede wszystkim wyciszenia.
Podsumowując, warto pamiętać by:
1. Nastawić budzik
2. Wietrzyć pomieszczenie
3. Odrywać wzrok od ekranu i patrzeć w dal
4. Używać okularów z antyrefleksem
5. Wykonywać ćwiczenia odcinka lędźwiowego kręgosłupa
6. Nawadniać organizm (wodą!)
7. Nie żałować sobie relaksu.
Tak niewiele, a ile może zmienić. Życzę sobie i wam, abyśmy pamiętali o tych wszystkich punktach i się do nich stosowali. Nawet największemu wrogowi nie życzyłabym obudzić się wczesnym rankiem z ognistą migreną. Róbmy więc wszystko, by tego uniknąć.
Jak u was wygląda dbanie o higienę pracy przy komputerze? Pamiętacie, by dbać o swoje bezpieczeństwo czy zdarza wam się, jak mnie, obudzić się z ręką w… znaczy z migreną?:D
 
Trzymajcie się ciepło,
Irmina
PS: Kto jest spragniony bardziej oficjalnych porad tj. przepisów BHP, polecam zajrzeć np. tutaj i tutaj.
Jeżeli spodobał ci się ten post, nie zawahaj się udostępnić go dalej!;)
Porozmawiajmy

Z PRZYMRUŻENIEM OKA: CO KOBIETA XXI WIEKU ROBI TYLKO W DOMU

kobiece sekretyRelaks, to również śmiech (jak niedawno rozmawialiśmy w poście o jodze śmiechu), więc dzisiaj się pośmiejemy. Trochę z przymrużeniem oka (ale tak naprawdę na serio!;), czyli co my, kobiety, robimy tylko w domu. Dom (przynajmniej w założeniu), to miejsce, gdzie możemy się odprężyć i darować sobie całą tę estetyczną otoczkę. Przebywając na łonie rodziny, która dobrze nas zna i nie ocenia tylko przez pryzmat naszego wyglądu, robimy różne rzeczy…

1. Babcine gacie rządzą! Co tam stringi czy koronki. Babcine gacie są dobre na wszystko – solidne jak żadne inne, a że nie grzeszą urodą? Trudno, w końcu chodzi tu przede wszystkim o wygodę, a nie o estetykę. Zresztą ile razy dziennie pokazujemy się komuś w bieliźnie? Raczej jest to kwestia dopasowania bielizny do np. cienki spodni. Ale w domu, hulaj dusza! Na wieczór zawsze można wrócić do super-extra-mega-sexi koronek (chociaż jak mamy ten błysk w oku, to raczej nie są one potrzebne do zainspirowania partnera;). Krótko mówiąc, niech żyją babcine gacie!

 

kobiece sekrety
2. Na pohybel z chomątem! (i jego twórcą) Pierwsze biustonosze powstały w Grecji, ale uwaga! dla kobiet uprawiających sport, które odczuwały ból np. podczas biegania. Na pohybel tego, kto wymyślił, że warto nosić to ustrojstwo na co dzień. Gdyby nie ty, zapewne mogłabym chodzić w bluzkach, które od dawna zbierają kurz w mojej szafie! Dlaczego? Bo nie mam odpowiedniego stanika! No niech cię! I proszę tu nie gadać, że to kwestia estetyki- są miejsce, gdzie staników się nie nosi i nikt się nie krzywi, bo pierś już nie jędrna. Ale oni są jeszcze nie skażeni medialnym praniem mózgu. Zazdroszczę!
kobiece sekrety
3. Dres nigdy cię nie zdradzi! Co my byśmy bez niego zrobiły? Wygodny, najlepiej odpowiednio powyciągany, kochany i niezawodny dres. Bez niego jak bez… aż trudno do czegoś przyrównać tę miłość, po prostu bez tego cudu nie da się żyć! Tak, tak, jak się pracuje w domu, lepiej się ubrać, umalować, co by się do pracy zmotywować, ale po godzinach… Rozglądamy się wokoło, gdzie jest nasz najlepszy przyjaciel, uosobienie luzu i symbol wolnego czasu? Jest, leży tam, na krzesełku i uśmiecha się zalotnie – już wie, że ten wieczór należy do niego!
Drogie Panie, dobrze gadam?:) Co byście zaproponowały od siebie?
Drodzy Panowie, a jak to jest z wami?…
Trzymajcie się ciepło,
Irmina